Wolne Forum Gdańsk Strona Główna Wolne Forum Gdańsk
Forum miłośników Gdańska i Pomorza

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Ze Sztutowu do Krynicy Morskiej
Autor Wiadomość
stern 


Pomogła: 1 raz
Wiek: 40
Dołączyła: 01 Wrz 2009
Posty: 29
Skąd: Gdańsk Oliwa
Wysłany: 2009-09-01, 22:10   Ze Sztutowu do Krynicy Morskiej

Z forum.danzig.de

Z „"Unser Danzig” 1961, Zeszyt Nr 12, z dnia 17./18.06.07.1961 strona 11 oraz zeszyt nr 13 z dnia 05.07.1961 strona 16:




Ze Sztutowu do Krynicy Morskiej

przejażdżka dyliżansem pocztowym po Mierzei Wiślanej

Kurt Bartels


„W wakacje wezmę was ze sobą” To właśnie święcie obiecał nam pan Prang. Otrzymał on przed kilkoma laty od urzędu pocztowego Sztutowo w użytkowanie linię Sztutowo-Krynica Morska. Wszyscy cieszyliśmy się z tego, że wybór padł właśnie na niego. Z jego małego gospodarstwa nie mógł dorobić się jakiegoś wielkiego majątku, starczało tylko żeby wykarmić jego głodne dzieci. Oni oraz ludzie jego pokroju żyli w imię przysłowia: „po co mam pytać o dużą ilość pieniędzy jeśli jestem zadowolony”. Zawsze brał nas ze sobą do Winterwald gdy dowoził jego silnymi końmi drzewo do tartaków. Nasi rodzice byli zawsze z tego zadowoleni gdy nie musieli odpowiadać przez kilka godzin na nasze pytania, i wiedzieli o tym że u wujka Pranga jesteśmy w dobrych rekach.

I w końcu nagle zakończyły się zimowe wycieczki z drewnem, i my dzieci myśleliśmy że również zakończyły się nasze zimowe przyjemności. Ale wujek Prang widząc nasze nasze rozczarowanie pocieszał nas mówiąc „poczekajcie tylko aż przyjdzie lato to wtedy raz w tygodniu będziecie mogli pojechać ze mną jechać do Krynicy Morskiej”.

O tym pięknym nadmorskim kurorcie położonym w połowie drogi między Sztutowem oraz Piława, od zawsze marzyliśmy. Ale jak tam dojechać ? O podróży statkiem parowym nie było co myśleć, ponieważ nasi rodzice każdego feniga oglądali trzykrotnie zanim go wydali. Właśnie w tym momencie zaproponował nam wujek Prang taką wycieczkę. Byliśmy bardzo szczęśliwi ale i jednocześnie smutni bo do wakacji jeszcze było kilka dobrych miesięcy. Ale dzieci łatwo zadowolić, czuliśmy się bardzo ważnie, jednego dnia pojechaliśmy z wujkiem na targ konny. Ocenialiśmy konie jak prawdziwi hodowcy , a osoba sprzedająca konie udawała że zgadza się na propozycje tylko dzięki nam. W tym monecie wujek posiadał już 4 konie ciepłokrwiste w stajni, ale te potrzebował również bo zmieniał je codziennie.

Gdy, na początku lat 20 poczta z Gdańska do stałego lądu, została zmotoryzowana mieszkańcy mieszkający na Mierzei musieli zrezygnować z tych nowości, ponieważ tereny te zostały ogłoszone rezerwatem przyrody. Nie mogły tu jeździć żadne pojazdy zmotoryzowane, motory czy inne pojazdy mechaniczne. Nie można było przeszkadzać tysiącom wodnych ptaków które budowały tu swoje gniazda. Spaliny i hałas był zabroniony.

Dyliżans pocztowy wyjeżdżał ze Sztutowa w każdy weekend punktualnie o 8:00. Oprócz listów i paczek dyliżans mógł pomieścić jeszcze 6 osób podróżujących. Przejażdżka do Krynicy Morskiej kosztowała 4 gdański guldeny lub 2,5 marki niemieckie. Przeważnie dyliżans – tak był on przez nas nazywany - był pełny, a latem pan Prang musiał jeszcze dostawiać kolejny Dyliżans, aby móc przewieźć wszystkich chętnych. Nie było wtedy przecież innych środków transportu.


To był piękny lipcowy dzień 1937 roku w którym mogliśmy się pierwszy raz zabrać z Prangiem. Rudi, syn kierowcy dyliżansu, był dzień przed wyjazdem u moich rodziców. Powiedział im abym był następnego dnia rano o 7 był u niego na podwórku. Byliśmy sąsiadami i dzięki temu mogłem u Prangów od razu wsiąść do wozu i nie musiałem iść 2 kilometry na pocztę. Z tysiącem ostrzeżeń abym uważał i nie rozrabiał, otrzymawszy paczkę z żywnością zostałem pożegnany przez matkę. Te przestrogi były uzasadnione, gdyż ja i Rudi byliśmy nieposkromionymi dzieciakami.

W ten dzień miało jechać tylko 4 podróżnych. Gdy jednak przyjechaliśmy na pocztę czekało tam 6 osób z których troje jechało do Przebrna. My dwaj zrobiliśmy bardzo smutne miny ponieważ wszystkie miejsca były zajęte i musielibyśmy maszerować z powrotem do domu. Wujek Prang trzymał nas przez jakiś moment w niepewności ale potem okazał dobre serce i się zlitował mówiąc „siądźcie na dachu, w Przebrnie się przesiądziecie i siądziecie na ławce”. Nie trzeba nam było tego dwa razy powtarzać.

Po tym jak wszystkie paczki, przesyłki i listy zostały załadowane - opuściliśmy urząd pocztowy przy dzwiękach radosnego sygnału syreny. Konie same zeszły z drogi wyłożoną kostką brukową aby podążać dla nich przyjemniejszą drogą gruntową.

Po 15 minutach opuściliśmy wielką wioskę Sztutowo która liczyła wtedy około 4000 tysięcy dusz i wjechaliśmy do pięknego lasu iglastego, który oddzielał Sztutowo i Kąty Rybackie. Tutaj ogarnęła nas niebiańska cisza, którą przerywało tylko ćwierkanie ptaków.

W naszej wiosce, która latem zamienia się w wielkie kąpielisko, do którego codziennie przyjeżdżało bardzo wielu gości, jest całkiem odwrotnie, nie jest cicho i dzięki temu delektowaliśmy się tą leśną ciszą.

Gdy przez las zaczęło przebijać się światło, dyliżans pocztowy dał sygnał syreną. Po głośnym „Brr” zatrzymały się konie przed leśniczówką. W tym dniu leśniczy, do którego prawie zawsze coś było, osobiście odebrał listy. Dla wujka Pranga leśniczy przyniósł butelkę piwa, którą opróżnił od razu ze smakiem. Potem ruszyliśmy dalej. Minęliśmy pierwsze domy Kątów Rybackich i pozdrawiających nas przechodzących ludzi. Mieszanina zapachów wody, sieci, ryb, trzciny i smoły oznajmiła nam że znajdujemy się w niewielkiej odległości od portu. I w końcu zobaczyliśmy go!! Port wielki i piękny jak płynny ołów błyszczał przed nami ogarnięty skwarem słońca. Kilka łodzi rybackich i kutrów znajdowało się dalej od brzegu, nie poruszały się one wcale, mimo ich wielkich żagli. Przy brzegu było zacumowanych wiele jednoosobowych, małych łódek rybackich. Inne dla naprawy i przesmarowania smołą wyciągnięte były na ląd. Widok który mógłby zainspirować niejednego malarza.


Tylko z samego obserwowania przeleciał nam czas jak w locie, i zanim się obejrzeliśmy byliśmy już w pomocniczym urzędzie pocztowym w Kątach Rybackich. Po tym jak rozładowano przesyłki dla tego urzędu i załadowano następne do kolejnych miejscowości na naszym szlaku, ruszyliśmy w dalszą podróż.

Dopiero w tym momencie zaczęliśmy słyszeć dziwne dźwięki które zaczęły do nas dobiegać spod kół. Zapytaliśmy o to wujka Pranga, odpowiedział on że nie tylko szkoła tutaj jest zrobiona z drewna ale również i droga. Wolnego Miasta nie było stać na zbudowanie wszędzie dbrych dróg więc rada wioski postanowiła wykorzystać tani budulec którego jest tutaj pod dostatkiem. Czyli chodziło o drewno.

Następnym cel, jaki osiągnęliśmy były Skowronki. Malownicza wioska z bardzo miłymi i wesołymi mieszkańcami. Mierzeja była tutaj tak wąska że słyszało się szum morza który przebijał się z jej drugiej strony. W tej wiosce mieliśmy do oddania tylko kilka listów do wędzarni ryb. Od siedzenia na dachu zaczynały nas powoli boleć pupy i byliśmy zadowoleni jak dwójka pasażerów wysiadła przy nadleśnictwie w Przebrnie. Dzięki temu mogliśmy zająć ich miejsca na skórzanych ławkach. Rudi otrzymał od ojca lejce, i strzelił śmiesznie batem. Nie mogliśmy jednak szybko jechać ponieważ droga w tym miejscu była bardzo piaszczysta i nie miała w sumie zbyt wiele wspólnego z prawdziwą drogą.

Podróżujący zostali pouczeni że nie mogą chować rzeczy które podlegają cłu ponieważ zbliżamy się do granicy która dzieli Gdańsk od Prus Wschodnich. Nawet gdyby niemieccy celnicy przymknęli na coś oko, to i tak musieli dokonać dokładnej kontroli ponieważ działo się to w obecności polskich celników.

Za przejściem granicznym ruszyliśmy bardzo żwawo i koło godziny 11 zobaczyliśmy piękne miasto, jakim jest Krynica Morska. To był cel wycieczek dla elblążan i wszystkich mieszkańców terenów po drugiej strinie zalewu. Na pięknych wielkich parowcach przepływali z drugiej strony aby jak tylko to możliwe, spędzić tutaj swój wolny czas. W Krynicy nasz postój trwał dłuższą chwilę. Wypoczywaliśmy w karczmie a nasze konie zostały tam wypięte z uprzęży, napojone oraz nakarmione.
Wujek Prang zamówił obiad i zawiózł nas do kawiarni gdzie byliśmy po raz pierwszy w życiu. Wujek poprosił kelnerkę aby przyniosła nam to co chcemy i że zapłaci rachunki następnego dnia. O godzinie 13 ta sama kelnerka miała nas wysłać do urzędu pocztowego.

Już o godzinie 12 opuściliśmy, wzmocnieni i wypoczęci, kawiarnię i szliśmy w kierunku miejsca cumowania parowców z Elbląga. Kelnerka patrzyła na nas i kiwała głową, bo pewnie nigdy nie widziała dwóch 12 latków, którzy w ciągu 30 minut byli w stanie zjeść cały tort oraz wypić 4 filiżanki kawy.

Patrzenie na wpływanie oraz wypływanie statków było bardzo ciekawe i zajęło nam sporo czasu. Zupełnie straciliśmy poczucie czasu i zapomnieliśmyo tym gdzie jesteśmy. W tym samym momencie podjęliśmy decyzję że zostaniemy kapitanami statków, było to ciekawsze niż jazda dyliżansem pocztowym.

Gdy spytałem Rudiego: „jak myślisz, czy jest już 13?” powiedział „tak późno na pewno jeszcze nie jest a ojciec da nam znać syreną pocztową” No i gdy Rudi powiedział ponownie „ teraz musimy iść z powrotem do urzędu pocztowego” to stwierdziłem ”mamy jeszcze sporo czasu, pozostańmy tutaj jeszcze chwilkę”.
Pożegnanie z piękną Krynicą Morską było bardzo bolesne ponieważ zostaliśmy odprowadzeni przez policjanta który przychodząc zapytał nas o nasze imiona i pośpiesznym krokiem poprowadził nas do urzędu pocztowego.

Wujek Prang czekał na nas i był bardzo zły. Po tym jak wziął i dał lanie swemu synowi przekładając go przez kolano i dając mu lanie batem, przyszła kolej na mnie. Ze łzami w oczach opuściliśmy piękną Krynicę i powiedzieliśmy wujkowi Prangowi że już nigdy więcej z nim nie pojedziemy. W międzyczasie przeszła mu już złość. Śmiejąc się stwierdził, że zasłużyliśmy na lanie. Na pytanie Rudiego po czym poznał nas ten policjant, odpowiedział że w naszym przypadku nie było to trudne. No faktycznie nie było to trudne ponieważ Rudi miał wadę która pozostała mu z paraliżu dziecięcego i jego jedna noga była krótsza, przez co kulał. A u mnie latem włosy nigdy nie były dłuższe niż 5 milimetrów. Przez to byliśmy bardzo oryginalną i łatwą do rozpoznania parą.

Przez to wydarzenie nasz powóz nie mógł dotrzymać ram czasowych i zamiast o godzinie 13 wyjechaliśmy dopiero 2 godziny później. Przez to na drogach konie musiały poruszać się znacznie szybciej. Ale dzięki temu można było zyskać tylko minuty. Dla dwójki podróżnych, którzy bardzo pilnie musieli dostać się do Gdańska było to bardzo uciążliwe. Nie złapali w Sztutowie autobusu o 17 i musieli jechać 3 godziny później. Że byli źli na usługę oraz na nas, rozumiałem bardzo dobrze bez konieczności tłumaczenia mi tego. Ale w końcu mieli jednak troszkę lepszy humor bo patrząc na nasze zapłakane miny i zasmucone twarze nie mogli powstrzymać się od uśmiechów.

W odwrotnej kolejności jechaliśmy przez kolejne miejscowości. Po przejechaniu granicy wujek Prang kazał zgłosić nasze opóźnienie bo gdyby tego nie zrobił to szef poczty mógłby pomyśleć że uderzył nas piorun. O godzinie 17:30 byliśmy na poczcie w Sztutowie. Szybko załatwiono zawodowe sprawy i ruszyliśmy w drogę do domu. Od gości podróżujących których wysadziliśmy przy gospodzie otrzymaliśmy na dowidzenia po tabliczce czekolady i słowa „poprawcie się urwisy”.


Odstawiając mnie do moich rodziców wujek Prang pomógł mi kłamiąc odnośnie naszego opóźnienia. Gdyby powiedział prawdę, prawdopodobnie skończyłoby się na ponownym laniu i możliwe że nie mógłbym znów odbyć podróży ze Sztutowa do Krynicy Morskiej.
 
 
 
villaoliva 
Administrator


Pomógł: 19 razy
Wiek: 91
Dołączył: 07 Maj 2008
Posty: 6890
Skąd: Oliva
Wysłany: 2009-09-03, 11:22   

Bardzo ciekawa relacja, wręcz podróż w czasie :brawo:

Na temat poczty oraz zaopatrzenia w tym rejonie znalazłem takie informacje:

Cytat:
Poprzez las Mierzei biegnie żwirowa szosa, stara droga poczty. Biegnie ona od Stutthoff (Sztutowo) poprzez Bodenwinkel (Kąty Rybackie), Vogelsang (Skowronki), Neue Welt, Pröbbernau (Przebrno) do Liep-Kahlberg (Krynica Morska), następnie przez głęboką ciszę Vöglers-Neukrug (Ptaszkowo) do Narmeln, stamtąd w jeszcze większej samotności poprzez Försterei Bruch do Neutief (powiat Kirchhausen) aby zakończyć się nad Zalewem pod Pillau (Bałtijsk) , który leży już po drugiej stronie cieśniny.

Droga rzadko przebiega przez wsie i po południowej stronie często ma pas niskich choinek, które ze względu na świąteczne zapotrzebowanie nie są w stanie wysoko urosnąć, przez co droga jest w słońcu i po deszczach szybko wysycha.

Po szosie jak i po innych drogach Mierzei nie mogły jeździć pojazdy silnikowe. Wyjątek stanowiły pojazdy Teatru Elbląskiego, który w sezonie obsługiwał teatr kurortu oraz pojazdy wojskowe, zaopatrujące radiostację na latarni w Krynicy.

Na całej Mierzei słychać było wyłącznie odgłosy natury, śpiew ptaków, kumkanie żab i rzadko odgłosy zwierząt domowych. Nie słychać było żadnego samochodu, żadnego silnika. Panowała rajska cisza.

Drogą tą do ostatnich dni wojny kursował pocztowy powóz.

(...)
Poczta była ładowana po gdańskiej stronie. Była plombowana, ponieważ zabierano także pocztę dla wschodnio-pruskiej części Mierzei, która dla Gdańska (1920-1939) była zagranicą. Na granicy (pod Pröbbernau) gdański celnik zrywał plombę w obecności celnika niemieckiego i przekazywał pocztę celnikom niemieckim. Powóz odwoził pocztę do Pröbbernau i Kahlberg.



Pocztowe Kuriozum

W Vogelsang pisano np. dwa listy, jeden do Berlina drugi do Pröbbernau, wioski obok Kahlberg. Oba listy przekazywano pocztylionowi o trzeciej po południu, który wracając z Kahlberg zabierał je do odpowiedniego urzędu pocztowego w Stutthoff i stamtąd je nadawał.

List do Berlina wyjeżdżał o siedemnastej omnibusem do Gdańska, następnie wieczornym pociągiem do Berlina i jego adresat miał go na stole przy porannej kawie i bułeczkach.

Natomiast list do Pröbbernau, sąsiedniej wsi, leżał jeszcze w Stutthoff skąd zabierał go powóz pocztowy i przewoził do agencji poczty w Vogelsang, skąd dopiero był roznoszony. Jeśli adresat mieszkał na końcu rozciągniętej wsi, to list z sąsiedniej wsi otrzymywał około drugiej po południu, podczas gdy przyjaciel z Berlina przesłał już telegraficznie odpowiedź do nadawcy z Vogelsang.



Szwagier

Szwagrem była osoba dokonująca zakupów na Mierzei. Początkowo, w dalej położonych wioskach oprócz rzeźnika i piekarza nie było czegoś takiego jak drogeria, apteka, sklep tekstylny. Gdy „Szwagier” wracał po południu z Kahlberg, we wioskach po gdańskiej stronie wręczano mu karteczki. Oddawał je sklepikarzom w Stutthoff. Rano, przed wyjazdem na Mierzeję otrzymywał od nich towary według listy. Ładował je i rozwoził do poszczególnych domów. Pod domem trąbił na rogu. Gdy nikt się nie zgłaszał, składał wszystko na drodze pod domem. Przechodnie wkładali towar pod dom. Taka wtedy była uczciwość.

Często zabierani byli pasażerowie. Czasem było ich tylu, że woźnica siedział przy samych koniach. W zimie używano sań. Zdarzało się, szczególnie wtedy gdy Szwagier zbytnio rozgrzał się od wewnątrz, że za bardzo ścinał zakręt albo nie wziął na serio zaspy śniegu i sanie wywracały się. Wszyscy traktowali to ze śmiechem. Wstawali, otrzepywali się ze śniegu, ustawiali przewrócone sanie.
_________________

W Oliwie... zawsze zielono www.staraoliwa.pl
 
 
 
villaoliva 
Administrator


Pomógł: 19 razy
Wiek: 91
Dołączył: 07 Maj 2008
Posty: 6890
Skąd: Oliva
Wysłany: 2010-06-06, 23:16   

Dokładam do tekstu zdjęcie ówczesnej poczty w Krynicy.

pocztOKk.jpg
http://krynicamorska.blogspot.com/2009_01_01_archive.html
Plik ściągnięto 10648 raz(y) 68,92 KB

Dawna_poczta_Krynica Morska.JPG
Plik ściągnięto 10648 raz(y) 114,46 KB

_________________

W Oliwie... zawsze zielono www.staraoliwa.pl
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Partnerzy WFG

ibedeker.pl